|
Niemożliwe? A jednak. W 2007 roku zakupiłem moim pociechom kajaki w firmie KanoKajaki (mają nową stronę, więc warto przy okazji zareklamować, szczególnie, że z zakupionych tam kajaków jestem bardzo zadowolony). Trochę emocji kosztowało mnie przepłynięcie krótkiego odcinak Warty, o czym obszerną relację zdałem w wątku Warta z dziećmi. Tego samego roku udało nam się jeszcze przepłynąć Rospudę i Czarną Hańcz ę. Na Rospudzie testowaliśmy w warunkach bojowych działanie kamizelki asekuracyjnej – działa. Jako że doświadczenia te nie odbiły się traumatycznie na psychice naszej rodziny – co głównie zawdzięczam szczęściu ;) w roku bieżącym postanowiłem przetestować zachowanie mego najmłodszego syna w samodzielnym pokonywaniu Rospudy. Starsi chłopcy zarzekali się dwa lata temu, że już nigdy na kajaki nie pojadą – „ Po co my się mamy męczyć?”. Pytanie nie jest tak całkiem bezzasadne, a nasuwająca się odpowiedź, bo macie chorych rodziców, nie jest chyba najlepszą. Postanowiłem nie zmuszać i dać odpocząć od kajaków – niech sami zapytają kiedy znów pojedziemy popływać – doczekałem się.
Ten słomiany zapał moich pociech ostudził trochę chęć nabycia kajak Bino dla najmłodszego, rok zleciał i nie pozostało nic innego jak wsadzić go w większy kajak dziecięcy Rival. No ale kajaki mam dwa a synów trzech. W sumie wyszło dobrze, bo na starszych działała motywując świadomość, że jak się zmęczą i nie będą wiosłować to zmieni któregoś najmłodszy Piotruś.
Na starcie ani Staś, ani Krzyś nie chcieli oczywiście oddać swojego kajak, a i sam Piotruś jakby wycofał się z zapewnień, że sam przepłynie całą Rospudę. A Rospuda jak to Rospuda, rzeką malowniczą jest i zmienną w charakterze i te nudne jeziora. Szybko Krzyś się nimi znudził i zaproponował zamianę. Piotruś się trochę wahał, ale nie dał się długo namawiać. Zasiadł w kajaku i wypłynął. Łzy ze strachu miał w oczach, ale dzielnie przełamał obawy i po chwili uśmiech powrócił na jego twarz. Sterowanie kajakiem nie sprawiało mu problemów. Podobnie jak jego starsi bracia wsiadł do kajaka i popłynął ot tak po prostu. Po krótkiej chwili, gdy już poczuł się pewnie płynął nie odstając od reszty peletonu.
  
Co sprawiało nam najwięcej problemów? Pomyśli ktoś, że trudności i niebezpieczeństwa, kamienie, kołki bystrza. Otóż nic z tych rzeczy. Największy problem stanowiły jeziora. Długie monotonne wiosłowanie, końca nie widać, a jak się tylko wiosłować przestanie to wiatr pcha w przeciwną stronę. Jezioro Bolesne (Bolesty) – za każdym cyplem widzisz już koniec, a tu figa z makiem – następny cypel, może już ostatni?
Może niespławne ujście j. Rospuda? Niespławne dla kajaka dwuosobowego z bagażem i pasażerami dla dziecięcej jedynki z małym Kapitanem spławna bez chwili zastanowienia (bez dotykanie dnem o kamienie), z rozpędu i ta radość... Wyjaśnić należy, że tak się złożyło, że Rospudę w tym roku pokonywaliśmy po raz drugi i mostek ten, a w zasadzie rura została dobrze zapamiętana, bo za pierwszym razem ojciec zarządził przenoskę. Zarządzenie zostało odwołane, po wyjściu z kajaka i spenetrowaniu przeszkody z brzegu, dla spełnienia zachcianki siedmiolatków, dostarczenia do krwi odrobiny adrenaliny – rura została pokonana.
To może chociaż zapamiętamy przełom Rospudy przed Bakałarzewem? Zapamiętamy na pewno, ale nie dlatego, że poczuliśmy dreszczyk emocji, ale raczej dlatego, że płynęliśmy szybko w ogóle się nie męcząc. Dzieci mają szczególny dar wybierania najlepszej drogi. Robią to całkowicie intuicyjnie, poddają się wodzie wiosłując tylko jeśli jest to niezbędne. Krzysiowi nie udało się odnaleźć miejsca, w którym dwa lata temu zaliczył pierwszą w swym życiu kabinę, a my nie znaleźliśmy miejsca, gdzie jeden z uczestników spływu testował wytrzymałość kajaka szklanego na napierający nurt, kajaka opartego w swym środku o drzewo, które jakoś tak dziwnie wyrastało ze środka rzeki.

Dalej już tylko dla urozmaicenia wyszukiwaliśmy różne dziwne trasy, im węższa tym lepsza. To nic, że z lewej są cztery metry wody, ja popłynę pod tym patykiem, bo lubię się schylać.
Jako przykład opanowani niech posłuży ten cytat (mam nadzieję, że wiernie odtworzony) Mama zadaje pytanie swojemu sześcioletniemu synkowi, który właśnie sięgnął po butelkę z piciem: - Piotrusiu, czy ty widzisz ten konar przed tobą? – pyta zaniepokojona mama. W odpowiedzi widzi jak synek kiwa główką prostopadle do lustra wody nie przerywając picia, co ma oznaczać mniej więcej: - Tak mamusi, widzę. Kontroluję sytuację. Mama nie daje jednak za wygraną i postanawia dopytać się dokładniej: - A czy zdążysz go ominąć? W odpowiedzi tym razem widzi ruch głową równoległy do lustra wody. Picie zostało dokończone z zimną krwią. Nie przerwało go nagłe i niespodziane spotkanie z kłodą, które pomimo braku zapiętych pasów nie spowodowało znaczących obrażeń ciała.
Na jeziorach niestety musiałem stosować wcześniej wypróbowany sposób dość komfortowego holowania dwóch kajaków, a jednocześnie zapewniającego szybkie uwolnienie się w razie gdyby... Testowaliśmy również hol na uwięzi przywiązując dziób do rufy linką, nie bardzo mi się ten patent podobał, ale za to dzieciom tak.
Najgorszy odcinek Święte Miejsce – Augustów Goła Zośka. No dobrze jest gdzieś po środku miejsce na biwak, ale biwak ten jest niedostępny samochodem, a jakoś nie widzę jeszcze możliwości załadowania całego majdanu do kajaków. Jeździmy systemem dwójkowym, rano dwa samochody jadą na metę planowanego etapu i dwaj kierowcy wracają jednym autem na start. Wieczorem dwaj kierowcy jadą po samochód pozostawiony na starcie i przywożą go na metę. Odcinek ten więc jest długi jak na jeden etap i nudny, a do tego woda prawie nie płynie. Jest jeszcze jeden elementu frustrujący, zauważony przez dzieci, że słychać w pobliżu kajaki, znajome głosy, jakby były bardzo blisko, tuz obok, a płynie się do tego miejsca długo wiosłując. Nigdzie miejsca, żeby dobić lądu, a Staś przechodził załamanie. Piotruś palił się do wiosłowania. Przetestowaliśmy szczęśliwie przesiadkę z wywrotnego, małego, wąskiego kajaka dziecięcego do niezbyt dużej i tylko trochę mniej wywrotnej dwójki na głębokiej, stojącej wodzie. No cóż, piękna zabytkowa dolina przez, którą broń Boże nie może iść obwodnica. Wszak życie komarów i gzów jest najważniejsze.
A biwaki jak to biwaki, zawsze się znajdzie jakieś ciekawe zajęcie np. budowa sztucznej górskie rzeki. Tradycyjnie już na nocleg zatrzymaliśmy się w Kotowinie w pięknej posiadłości Pana Edka Kapuścińskiego i pomimo upału skorzystaliśmy z sauny z nowym piecem ;)

Wygląda na to, że w przyszłym roku już nie uda mi się wykręcić i będę musiał kupić trzeci kajak. Bino już definitywnie odpadał, ale czy kupić teraz większy kajak dla starszych chłopaków, czy taki sam dla Piotrusia?

|